smpleat logo

Odwiedzamy Kraków - od kuchni włoskiej w Fabrycznej 13, przez kawiarnie, po bar mleczny

Miejsca·

21 Maj 2025

Z okazji koncertu zespołu Baby Metal w Krakowie mieliśmy okazję po wielu latach odwiedzić to miasto. Przyjechaliśmy bardzo rodzinnie z przekrojem wieku od dziesięciu miesięcy u naszego synka, przez okolice trzydziestki u mnie i męża, do ponad siedemdziesiątki u moich rodziców.

Wspominam o wieku, bo takie rodzinne wyjścia zawsze są dla nas sporym wyzwaniem. Z jednej strony potrzebujemy miejsc, które są przyjazne dzieciom, a z drugiej - szukamy w menu zarówno pozycji bardziej klasycznych, jak i ciekawych eksperymentów. Raczej niewiele konceptów dźwiga te - dość specyficzne - wymagania.
Odwiedzamy Kraków - od kuchni włoskiej w Fabrycznej 13, przez kawiarnie, po bar mleczny

Mieliśmy ochotę na włoski obiad, więc poszliśmy do Pino Factory w Fabrycznej 13

Ja wiem, że wszystko można znaleźć w Google, jednak jeśli chodzi o jedzenie, nic nie równa się sprawdzonym polecajkom od znajomych. I tak oto z polecenia niezawodnego Michała (bardzo dziękujemy!) trafiliśmy do konceptu Fabryczna 13.

Sama idea bardzo przypomina mi wrocławski Dworzec Świebodzki, czyli obszerny food court z wieloma opcjami pod jednym dachem. I jest to strzał w dziesiątkę w sytuacji jak nasza, gdzie każdy chce i potrzebuje troszeczkę czegoś innego. Po szybkim rekonesansie i krótkiej burzy mózgów, nasz wybór padł jednak na jedną, włoską knajpkę, czyli Pino Factory.

W menu znajdziemy tam cały przekrój dań, od przystawek (np. krem dyniowy, arancini, tatar z łososia czy antipasti), przez - niezbyt chyba włoskie - bao, dania główne (np. lasagne, żeberko, burger), makarony, sałatki aż po pizzę w wielu mniej lub bardziej typowych opcjach.

Mój wybór padł na makaron z włoskimi wędlinami, gdzie w cenie 45 złotych otrzymałam spory talerz makaronu skąpanego w sosie z mascarpone i białego wina. Całość uzupełniała feta, szparagi, rukola, chrupkie ziarna soi i posypka z sera grana padano. Całość wypadła bardzo dobrze - było to syte i smaczne, na mój gust tylko odrobinę zbyt słone, ale po połączeniu wędlin i fety trudno się spodziewać, by było inaczej. Makaron naprawdę fajnej jakości w niezbyt skąpej porcji.

Moja mama jako fanka ryb i owoców morza wybrała bao z krewetkami, gdzie za 54 złote otrzymujemy dwie średniej wielkości bułeczki bao i porcję frytek z batata z pomarańczowym majonezem. Frytki z batata były idealne - mocno chrupiące i perfekcyjnie słodkawo-słone, co wbrew pozorom nie jest takie proste. Co do pomarańczowego majonezu zdania były podzielone, jednak według mnie pomarańcze do krewetek i dość orientalnej kompozycji, to zawsze dobry pomysł.

Niestety lekkim zawodem w całości okazały się same krewetki. Zwróciliśmy uwagę, że jak na włoską restaurację, zaskakująco mało jest owoców morza w menu ogółem. Być może to kwestia dostępności, być może polskich gustów, jednak pozycji z krewetkami było kilka i szkoda, że wypadły tak przeciętnie.

Mój tata jako "poszukiwacz klasyki" w naszym gronie (i miłośnik pizzy) zdecydował się na najbardziej klasyczną na świecie margheritę (37 zł). No dobrze, może nie taką najbardziej klasyczną, bo oprócz sosu pomidorowego i mozarelli jest ona dodatkowo podkręcona serem grana padano.

Ciasto, sos, ser - wszystkie składniki były bardzo dobrej jakości, świeże, smaczne. Jednak całość była lekko rozczarowująca - coś ewidentnie poszło nie tak w procesie przygotowania. Obstawiamy, że pizza była zbyt długo w zbyt niskiej temperaturze, zamiast wskoczyć do piekielnie gorącego pieca zaledwie na minutkę, w rezultacie z zewnątrz była sucha, a w środku "rozciapana", trudna do zjedzenia bez noża i widelca.

Mąż jako rasowy mięsożerca i fan żeberek, takie pieczone żeberko sobie zamówił. Za 74 złote otrzymaliśmy tutaj kawałek żeberka, frytki i orientalną sałatkę z czerwonej kapusty z kolendrą.

Całość była bardzo smaczna. Orientalna sałatka to jest sztos - zdecydowanie przytaknęliśmy na nią zgodnie z aprobatą i będziemy chcieli uderzyć w te nuty w domu. Samo żeberko odchodziło od kości i rozpływało się w ustach, choć nie mogę nie wspomnieć, że za tę cenę porcja nie była jakaś wybitnie duża w porównaniu np. do wrocławskich konceptów. Frytki dobre, chrupkie z zewnątrz, miękkie w środku, czego chcieć więcej?

Podsumowując, Pino Factory wypadło dość przyzwoicie, choć nie obyło się bez wpadek. Trzymamy kciuki za dalszy rozwój konceptu. 🔥

Schowaliśmy się przed deszczem w przypadkowej kawiarni po drodze, czyli Indalo Cafe

Niestety podczas naszego wyjazdu pogoda nas nie rozpieszczała. Próbowaliśmy zobaczyć kawałek Krakowa, odwiedzić Stare Miasto, Zamek, Smoka, wiecie - jak typowi turyści. Niestety wylosował nam się rekordowo zimny maj. Nad Wisłą głowy nam chciało pourywać i co chwilę łapała nas ulewa.

I tak postanowiliśmy schować się przed deszczem w jakiejś kawiarni - padło na Indalo Cafe, bo akurat przechodziliśmy obok.

Jest to niewielka, przytulna kawiarenka przy ulicy Tarłowskiej. Już od samego wejścia mieliśmy poczucie dość kameralnego miejsca z wygodnymi fotelami, niewielkimi ławami, kreatywnymi dekoracjami i przemiłą obsługą. Rozsiedliśmy się więc w ciepełku i złożyliśmy zamówienie.

W naszym zamówieniu znalazły się klasyczne czarne kawy, czeskie piwo, tiramisu i sernik. Desery były bardzo przyzwoite (choć w tiramisu brakowało mi nuty likieru, ale być może było to intencjonalne), a klasyczne americano - przepyszne. Tata też wydawał się być zadowolony z czeskiego piwa, którym się tam uraczył.

A ja to już w ogóle zaszalałam. 😉 Zamówiłam sobie coś, czego nigdy nie piłam (a będąc zupełnie szczerą, nie wiedziałam nawet, co to jest), czyli kawę po kanaryjsku - barraquito.

O ludzie, to jest sztos! Sama baza kawowa super jakości zyskuje tutaj kilku kompanów: przepyszny likier, mleko kondensowane, mleczną piankę i orientalną przyprawową posypkę. Kawa, deser i drink w jednym!

Zachwycaliśmy się nią wszyscy, więc zdecydowanie będę próbowała zrobić ją w domu. 😉

Miały być lody, wyszła szybka kawka po sąsiedzku, czyli kawiarnia matematyczna PiCaffè

Mieliśmy nocleg przy ulicy Kieleckiej, więc bardzo po sąsiedzku kukała na nas kawiarnia matematyczna. I doczekała się wizyty, gdy skusiliśmy się napisem "lody" na potykaczu. Cóż, nasz zawód był ogromny, gdy okazało się, że lodów nie ma... ale i tak postanowiliśmy coś zamówić. 😉

Na uwagę zasługuje sam koncept. "Kawiarnia matematyczna": od samej nazwy (πCaffè), przez menu (ceny są podane w formie równań), po reklamy na drzwiach (korepetycje z matematyki) - motyw matematyczny nas nie opuszcza. Ja osobiście lubię miejsca z pomysłem i myślą przewodnią, więc mnie tym kupili.

W ofercie znajdziemy śniadania i desery, jednak z racji, że my byliśmy już po obiedzie, zdecydowaliśmy się raczej na opcje płynne.

Klasyczny przelew, cappuccino - były poprawne, choć bez szału. Natomiast o sezonowej pomarańczowej matchy muszę szepnąć kilka miłych słów. Matchę uwielbiam w każdej postaci, jednak jeszcze nigdy nie piłam jej w tej formie - ze świeżym sokiem pomarańczowym. I muszę przyznać, że jest to świetne połączenie! Wygląda przepięknie, a orzeźwiający, świeżo wyciskany sok z pomarańczy idealnie przełamuje specyficzną "trawiastość" matchy, ale jej nie zabija. Pomarańcze z matchą - zapamiętać!

W poszukiwaniu szybkiego, prostego obiadu w okolicy, czyli bar mleczny Smakosz

Nasz "drużynowy poszukiwacz klasyki" po kilku eksperymentach miał już zdecydowanie dość innowacji, więc zarządził obiad w barze mlecznym. Zarówno w Bełchatowie z którego pochodzę, jak i we Wrocławiu takie miejsca cieszą się ogólnie dobrą renomą, można zjeść tam tanio i dość smacznie.

Niestety krakowski bar mleczny okazał się dla nas sporym zawodem. Warto zaznaczyć, że obsługa była przemiła, a Pani zgodziła się sprzedać suche naleśniki dla maluszka mimo, że nie było ich w menu. Zamówiony przeze mnie żurek także nie budził zastrzeżeń. Większość pozycji była jednak typowo "szpitalna" - dość słabo doprawiona, z bardzo przeciętnej jakości składników.

Odwiedziliśmy Kraków i niczego nie żałuję

Podsumowując - odwiedziliśmy Kraków, popróbowaliśmy kilku różności i niczego nie żałuję. Kilka z nich zabiorę ze sobą do domu na poczet kolejnych kulinarnych eksperymentów. A w samym Krakowie z pewnością jest co odkrywać i gdzie się poszwędać, czego nie mieliśmy okazji doświadczyć będąc tam zaledwie na przedłużony weekend i to dość specyficzną, wymagającą ekipą.

Jedno z miejsc szczególnie nas urzekło, ale... o nim już opowiem kilka słów w kolejnym wpisie. 😉