Restauracja Sukiennice w Krakowie, czyli polska gościnność w najlepszym wydaniu
Zaskoczenie było dla nas tym większe, że po restauracji w centrum dużego miasta spodziewaliśmy się co najwyżej poprawnej kuchni nastawionej na turystów i solidnego przetrzepania portfeli. Jednak absolutnie żadna z naszych obaw się nie ziściła.
Trafiliśmy tam także z polecenia niezawodnego jeśli chodzi o dobrą szamkę Michała, za co raz jeszcze dziękujemy, tym bardziej, że sami z siebie pewnie nie zaryzykowalibyśmy obiadu w akompaniamencie słynnego hejnału. 😊

"Poloneza czas zacząć", czyli startujemy od klasycznego rosołku
Tak samo jak goła zapiekanka bez dodatków dla budki z fast foodem, klasyczna margherita dla pizzerii, tak rosół jest próbą zbrojeń dla każdej gastronomii, która postanawia parać się polską kuchnią. Dlatego, niczym na tradycyjnym polskim weselu, my naszą ucztę także od rosołku zaczęliśmy. Wykładamy 17 złotych na stół z myślą: "obronią się albo zginą".
Słuchajcie, Panie i Panowie, obronili się. Na stole można było znaleźć sól, pieprz i nieodzowną Magi, ale jednak ręka nas nawet nie zaświeżbiła, bo rosół po prostu nie potrzebował niczego więcej. Był kompletny, uczciwy, prosty, ale pełen smaku, dokładnie taki, jaki powinien być.

Próbujemy czegoś regionalnego, czyli maczanka po krakowsku
Nigdy w życiu nie jadłam maczanki po krakowsku, więc nie miałam pojęcia, czego się spodziewać. Specjalnie nie wypytywałam wujka Google, dając sobie prawo do niespodzianki. I rzeczywiście zdziwieniu nie było końca, gdy coś co w mojej wyobraźni było zupą okazało się być... kanapką?
No właśnie, cóż to właściwie jest? Za 39 złotych dostaliśmy solidną porcję rozpływającej się w ustach wieprzowiny w akompaniamencie lekko kminkowej kiszonej kapusty i cebuli, podaną w poczciwej, kruchej, ale nasączonej wszystkimi sokami pajdzie chleba. Słuchajcie, jakie to było dobre, to nie mam słów. Jeżeli macie drodzy Krakowianie sprawdzony przepis na to cudo, to chętnie przygarnę, zwłaszcza, że kapusta kiszona w beczce aż rwie się do takich połączeń!

Solidny mięsny obiad, czyli siekany stek, wiedeński sznycel i placek po zbójnicku
No niestety, ale wegetarianie i weganie w tym wpisie nie znajdą zbyt wiele dla siebie, bo zdecydowaliśmy się na typowy, mięsny, solidny obiad. Mąż jako miłośnik wołowiny zdecydował się na popisowe danie restauracji, czyli siekanego steka "Sukiennice" z masłem ziołowym, sosem z zielonego pieprzu (55 zł) i dodatkiem frytek (12 zł).
Stek był idealny - po prostu. Mocno spieczony z wierzchu, soczysty w środku, uczciwie posiekany, z pierwszorzędnej wołowiny. Masełko i sos z zielonego pieprzu perfekcyjnie go dopełniały. Nic dodać nic ująć, pyszka.

Ja zdecydowałam się na kolejny popisowy klasyk w menu, czyli sznycel po wiedeńsku. Jeśli chodzi o podejście do kotletów wieprzowych, to są we mnie dwie skrajności: z jednej strony lubię gruby i soczysty schab z kością, z drugiej - cienki i chrupiący kotlet, gdzie w zasadzie to jest więcej panierki, niż mięsa, ale za to porządnie chrupie.
I tak w "Sukiennicach" za 31 złotych otrzymałam gigantycznego, nie mieszczącego się na talerzu kotleta z ćwiartką cytryny. Moim rodzicom oczy wypadły z orbit, że ja to niby wsunę. A wsunę, bo pyszny, choć według męża nieco za suchy - ale w końcu nie bez kozery to ja jestem miłośnikiem cienkich jak papier sznycli w naszym duecie. 😉

Rodzice uraczyli się plackami po zbójnicku z gulaszem wołowym i sosem grzybowym (45 złotych).
I czegóż można chcieć więcej, jak chrupiącego placka ziemniaczanego, mięciutkiej wołowiny, idealnego sosu zaciągającego lekko z węgierska pieczoną papryką i całych grzybów w sosie grzybowym?
Gulasz może stawać w szranki z naszym ulubionym wrocławskim Grill Burgerem... jednak nie jest wieprzowy, tylko wołowy i z uczciwym dodatkiem grzyba, co wynosi go na trochę inny poziom "luksusowości".

Godna reprezentacja polskiej gościnności, czyli czekadełko i pożegnałko
Tym, co jednak najbardziej nas urzekło w restaracji Sukiennice była przemiła obsługa i próba oddania atmosfery polskiej gościnności. Jest "swojsko", jest ciekawy wystrój, jest piwo podawane w masywnych kuflach... jednak przede wszystkim, podczas gdy w polskich restauracjach rzadko nawet woda jest darmowa, tutaj na dzień dobry uraczono nas jednodniowymi ogórkami małosolnymi i kapustą kiszoną, a prosząc o rachunek, oprócz niego dostaliśmy po szocie pysznej, delikatnej wiśnióweczki. Czekadełko i pożegnałko, i to jeszcze z typowo polskim akcentem.
Gdybym chciała gdzieś zabrać zagranicznych znajomych, by pokazać im, jak to się u nas jada, uderzałabym do Sukiennic jak w młyn. Trzymam kciuki, by pozostało tak, jak jest, bo robicie to dobrze.

