Lipcowe Gastro Miasto we Wrocławiu: dziczyzna, okonomiyaki, taiyaki, Brazylia i Sycylia
Jesteśmy z Wrocławia, zatem wiele stoisk było już nam znane: kultowe Pastrami Summer, Solleim, Papi Chulo, Mango Mama, Thali czy Woothai to mocni gracze na mapie tej edycji Gastro Miasto, natomiast są to miejsca w których już byliśmy. Tym razem postanowiliśmy dać szansę wszystkim nieznanym nam jeszcze stoiskom i to spośród nich wybraliśmy nasze sobotnie menu.

Rundka japońska, czyli okonomiyaki (placek z kapustą) i taiyaki (słodkie rybki z nadzieniem z fasoli i jagód)
Z racji mojej sympatii do kuchni japońskiej, gdy zobaczyłam stoisko z okonomiyaki, to od razu wiedziałam, że będzie próbowane. Stoisko nazywające się - a jakże - Okonomiyaki proponowało trzy rodzaje placków: z boczkiem, szarpaną wieprzowiną lub wege z kimchi, w cenie 30 złotych za każdy.
Okonomiyaki (お好み焼き), czyli dosłownie "smaż co chcesz" to smażony placek z różnymi dodatkami, najczęściej z kapustą pekińską. Polany jest w specyficzny sposób sosami, jednym nieco podobnym do barbeque oraz majonezem. Tradycyjnym dodatkiem jest katsuobushi, czyli suszone płatki tuńczyka bonito. Festiwalowy placek dobrze się broni. Nawet nietypowy w tym daniu dodatek szarpanej wieprzowiny doskonale tutaj pasuje.

Kolejnym stoiskiem, na którym od razu zaświeciły mi się oczy, było Vegan AF Ramen z dwoma pozycjami deserowymi: kakigori i taiyaki.
Kakigori (かき氷 = kruszony lód) to tradycyjny japoński deser zrobiony ze bardzo drobno kruszonego lodu (o konsystencji podobnej do śniegu), który następnie polewa się różnego rodzaju słodkimi syropami i sokami.
Taiyaki (鯛焼き) z kolei to tradycyjne japońskie ciastko w kształcie ryby (a dokładniej jak sama nazwa wskazuje ryby 鯛 "tai", czyli dorady). Ciasto jest podobne do polskiego gofra, natomiast to co wyróżnia taiyaki to nedzienie, zazwyczaj anko (czyli znana nam już z japońskich słodyczy pasta z czerwonej słodkiej fasoli).

Padło na bramkę numer dwa, czyli taiyaki. W cenie 35 złotych otrzymujemy trzy jeszcze gorące rybki z nadzieniem z fasoli azuki, albo... jagód.
I powiem Wam, że o ile fasolowe nadzienie było przeciętne (uczciwe, ale bez szału), to spolszczony, jagodowy wariant naprawdę dawał radę. Nieprzesłodzony, smaczny, z całymi jagodami w środku, idealnie pasujący do tego naleśnikowo-gofrowego ciasta. Jeżeli tak mamy spolszczać japońskie jedzenie, to ja jestem za! 😄

Rundka mięsna, czyli hot-dog z dzikiem i brazylijskie przekąski
Z mięsnych pozycji mąż od razu zaczął ciągnąć mocno w stronę Dzikiego Zwierza, który oferował burgery z jelenia i dzika, a także hot-dogi z dzika. I na tę drugą pozycję się zdecydował.
W cenie 30 złotych otrzymał standardowej wielkości hot-doga z uczciwie wyeksponowaną kiełbaską z dzika, niezasypaną przesadnie dodatkami. Oczywiście zrobiłam maślane oczy o gryza i muszę przyznać, że kiełbaska była naprawdę dobra.
Mąż także zajadał z apetytem, choć zwrócił uwagę, że jak na tak dobre mięso, trochę za mocno zalali je ketchupem - jakby to była byle parówka złapana w biegu z osiedlowego sklepu. Troszkę szkoda zabijać takiego zwierza. 😉

Z dużą ciekawością zerknęliśmy też w stronę stoiska o rozbudowanej nazwie Casa de Dona Maria / Julia Popcowa Globtroter z brazylijskimi przekąskami, które na pierwszy rzut oka trochę przypominały nam sycylijskie arancini.
Zdecydowaliśmy się na Bolinho de Carne, Bolinho de Queijo i Rissole. Czyli z polskiego na nasze: na przekąskę z mięsem mielonym, z serem i trzecią - z kurczakiem i serem. Tak, te nazwy też widzieliśmy pierwszy raz i właśnie dlatego bardzo chcieliśmy spróbować.

Najbardziej smakował nam wariant z kurczakiem i serem, bo miał najcieńsze ciasto ze wszystkich trzech i bardzo, bardzo dobrze doprawiony farsz. Pozostałe dwa miały dość grube ciasto, które nam trochę przeszkadzało - przez nie całość sprawiała wrażenie bardzo ciężkiego i tłustego, choć są to przekąski z głębokiego tłuszczu, więc nie spodziewaliśmy się dania fit.
Zaproponowano nam także domowy ostry sos, który był mistrzostwem świata. Jest to zupełnie inna ostrość od suszonego chili, czy azjatyckich past. Dość mocno pikantny sos o świeżym, "salsowym" charakterze - nie ukrywam, że bardzo chętnie przygarnęłabym taki do swojej kuchni i na rodzinnego grilla. 😉

Rundka rekreacyjna, czyli driny bez procentów i sycylijskie cannoli
Szukając ciekawostek inszych, w oczy wpadł nam Trzeźwy Bar od Ziołografii. Drinki bez procentów (22 złotych za sztukę) - co w tym ciekawego powiecie? Tak, też się zdziwiliśmy.
Mój wzrok przykuł jeden ze składników, mianowicie "syrop z sosny domowy". Syrop z sosny uwielbiam, w sklepach nie jest łatwo dostępny, toteż spiesznym krokiem przydreptałam i bez wahania zarządziłam, że ja "leśnego ducha" z tymże syropem i ginem bezalkoholowym poproszę.
Wzięliśmy też "ginger blissa" z ziołowym apetizerem, ginem, syropem imbirowym i piwem imbirowym. I słuchajcie, no w klasie drinków bez prądu to była petarda. Nieprzesłodzone, świeże, zimne, ciekawe, sztos!

Na odchodne w imię sentymentu do sycylijskich klimatów łapnęliśmy jeszcze po cannoli od Nata Cafe w cenie 10 złotych za sztukę. Zgodnie z ulubionymi smakami moimi i męża, jeden pistacjowy, drugi cytrynowy (tak, pistacjowy mój 😉).
Były w miarę, choć na nasze gusta zdecydowanie zbyt słodkie. Póki co nie mamy szczęścia do cannoli w Polsce - próbowaliśmy już kilkukrotnie i jeszczeani razu nawet nie zbliżyliśmy się smakiem do wspomnień z Włoch. No cóż, może to po prostu smak wycieczki poślubnej, a może w Polsce tak trudno jest o tak dobre pistacje i cytryny, jak na Sycylii.

Tęskne spojrzenie w stronę serów, czyli to co się nie udało
Nie wszystko natomiast poszło po naszej myśli i mimo że chcieliśmy, to nie udało nam się spróbować wagyu i raclette od Flomaro. Na całym festiwalu było dość ciasno, jednak to stoisko było dodatkowo szersze (przez co zrobiło się przewężenie w przejściu) i dość oblegane. Mimo że i tak do wyprawy z wózkiem podeszliśmy strategicznie i jedno z nas stawało gdzieś na uboczu, a drugie szło po zamówienie, to jednak po kilku minutach trącania przez inne wózki, rowery i przechodniów, już i tak mocno zmęczeni tłumem stwierdziliśmy, że to nie na nasze nerwy.
A więc rzuciłam tylko tęskne spojrzenie w stronę podgrzewanego żarem sera alpejskiego i pomaszerowaliśmy na tramwaj. Jeszcze kiedyś Cię dorwę, serze 😉

