Tradycyjne słodycze japońskie: trzy rodzaje mochi, słodka fasola, dwustuletnie zioła, sakura i prezenty
Przejdziemy przez ferię różnych, mniej lub bardziej tradycyjnych smaków: od kwiatów wiśni, przez zieloną herbatę, mleko i sól, na prażonej mące sojowej i syropie z cukru trzcinowego kończąc. Nie opuści nas też anko, czyli słodka pasta z fasolki adzuki.
To co, gotowi na przepyszną podróż?

Sakura z Tokio, matcha z Kyoto i mleko z Hokkaido, czyli tradycyjny zestaw prezentowy prosto z Japonii
Pierwsze słodycze w dzisiejszym zestawieniu są prezentem, który przyleciał do mnie jako prezent z Japonii od cudownej dziewczyny (i świetnej artystki!) Maryś. Zgrabne pakuneczki sprawiły, że ucieszyłam się jak małe dziecko na Boże Narodzenie i przeleżały u mnie chwilkę, zanim znalazłam w codziennym biegu wystarczająco spokojny moment, by je otworzyć i należycie się nimi nacieszyć.
Zestaw prezentowy składa się z mochi w trzech smakach. W każdym z pakuneczków kryło się plastikowe opakowanie, w którym każde mochi mościło się wygodnie w swojej przegródce, czekając na zjedzenie bez ryzyka przyklejenia się do swoich kolegów.

Różowy wariant "Tokio" (東京), czyli smak sakury jest bardzo delikatny w smaku, lekko słodki i subtelnie kwiatowy.
Niebieski wariant "Hokkaido"(北海道), czyli smak mleka jest równie delikatny, co kwiat wiśni, ale nieco słodszy w specyficzny "mleczny" sposób.
Zielony wariant "Kyoto" (京都), to smak matchy z nadzieniem z anko, czyli słodkiej pasty z fasolki adzuki. Jest to klasyk nad klasykami - gdybym miała polecić komuś jeden smak kojarzący się jednoznacznie z Japonią, to byłoby to właśnie to połączenie. Te mochi są zdecydowanie najbardziej intensywne w smaku z całego zestawu, choć nadal delikatne. Na pierwszy kontakt ze specyficzną pastą z fasoli i jeszcze bardziej specyficzną herbatą - idealne.

Abstrahując od smaku, nie sposób jednak nie zauważyć, że zestaw ten jest po prostu prześliczny. Całość ma mocno "tradycyjny" vibe. Dekoracyjny papier i sposób zawinięcia kojarzy mi się mocno z chustami furoshiki i zawijaniem w nie między innymi podarunków. Same printy przedstawiają gejszę, widok na górę Fuji i słynne krowy z Hokkaido poprzeplatane wzorami rodem z japońskich kimon lub papieru do origami.
Te opakowania są tak ładne, że poważnie zastanawiam się, czy nie wsadzić ich w ramki i powiesić jako mini-tryptyk przypominający mi o ciepłych emocjach płynących z tego podarunku. Czy to już jest szalone, by wieszać sobie na ścianie opakowania po słodyczach?

Shio mochi, czyli mochi z solą Hakata i nadzieniem ze słodkiej fasoli wyrabiane tradycyjnymi metodami od Seiki
Kolejne mochi, którego dziś spróbujemy, to shio mochi z nadzieniem z anko. Próbując japońskich (ale też na przykład koreańskich) słodyczy nie sposób prędzej czy później nie zetknąć się z tą słodką pastą z fasoli azuki. Jest to niezwykle często stosowane u nich nadzienie, podobnie jak u nas czekolada.
Producent chwali się, że smak nadzienia jest podkręcony dodatkiem soli i nie jest to byle jaka sól. Do mochi dodano sól morską Hakata, która pozyskiwana jest na wyspie o tej samej nazwie - czyli Hakata - leżącej po środku Morza Wewnętrznego Seto. Prawdziwie regionalny produkt, który jednak zyskał już uznanie na świecie i jest dostępny nawet w Polsce.

Te mochi mają zupełnie inną teksturę od poprzedników - są dużo bardziej elastyczne, o strukturze dużo mniej podobnej do galaretek. Ciasto jest bardzo klasyczne i delikatnie słodkie, a nadzienie delikatnie chrupie stanowiąc do niego doskonałą przeciwwagę.
I sól, ach ta sól. Do tematu soli w deserach podchodziłam do niedawna jak pies do jeża, jednak przez deser we wrocławskiej Babie i to mochi coraz bardziej się przekonuję. Sól robi tutaj jakąś magię i niesamowicie podbija słodkie smaki, przy czym zarówno słoność jak i słodycz nie mają tutaj absolutnie "płaskiego" charakteru.

Galaretowate mochi o smaku prażonej mąki sojowej, syropu kuromitsu i herbaty matcha od Ace Bakery
Warabimochi to zupełnie inny gracz w całej rodzinie mochi. Ten wariant nie jest robiony z ryżu, a ze skrobii z paproci lub dziwidła znanego u nas jako konjac, będący bazą wielu praktycznie zero-kalorycznych produktów, jak makarony i desery.
Tradycyjnie warabimochi to po prostu ta bezsmakowa galaretka podawana z dodatkiem innych składników, najczęściej prażonej mąki sojowej i syropu kuromitsu właśnie. Tutaj jednak mamy do czynienia z galaretkami, które już są wysycone przez producenta tymi dobrze znanymi Japończykom smakami.
Galaretki je się bezpośrednio z niewielkiej saszetki i mają one iście kosmiczną konsystencję. Niby galaretka jak galaretka, wygląda nawet jakby była lekko płynna, a pod językiem jest zaskakująco zwarta i stawia dość wyraźny opór. Nieco podobna do dostępnych u nas deserków z konjacu.

Prażona mąka sojową kinako ma delikatny, palony smak, podobny nieco do dostępnego u nas smaku "ciasteczkowego" w wielu produktach.
Czarny syrop kuromitsu z brązowego cukru trzcinowego smakuje podobnie jak ostatnio próbowane przeze mnie ptysie ryżowe, czyli jest intensywny i słodki, ale w bardzo bogaty, słodowy sposób. O tak, to jest zdecydowanie mój smak, choć na pewno nie przypadnie do gustu każdemu, czego najlepszym przykładem jest mój mąż.
Wariant o smaku zielonej herbaty matcha to po prostu delikatnie słodka i lekko cierpka herbata w galaretce. Producent chwali się jednak, że nie jest to byle jaka herbata, a pochodząca ze słynnego Uji w prefekturze Kioto, które słynie z uprawy zielonej herbaty właśnie.

Ziołowe cukierki na gardło o dwustuletniej recepturze Nodo Sukkiri Ame od firmy Ryukakusan
Czy cukierki ziołowe na gardło można nazwać słodyczem? Nie wiem, ale skoro w sklepie wiszą obok innych słodyczy, to naciągnijmy tutaj nieco temat, bo historia warta jest opowiedzenia.
Historia tych niepozornych cukierków na gardło ma ponad 200 lat i sięga czasów Edo. Pan feudalny z dzisiejszej prefektury Akita cierpiał na astmę i to na jego potrzeby opracowano recepturę, która była prototypem sprzedawanych dzisiaj cukierków.
A jest o czym mówić - mamy tu do czynienia z selekcją aż dziewiętnastu ziół i roślin (w tym mięty pieprzowej, rumianku, lipy, lukrecji, tymianku, szałwii, anyżu, eukaliptusa, babki lancetowatej, czarnego bzu, malwy niebieskiej, krwawnika, melisy, wiciokrzewu, skórki cytrusów unshiu, platydokona i chryzantem). O niektórych składnikach, jak unshiu (rodzaj mandarynki) czy platydokon (rodzaj kwiatów) w życiu nie słyszałam.

Cukierki dzięki swojemu składowi odświeżają oddech i działają łagodząco na chrypkę czy suchość w gardle. W wersji na którą patrzymy mieszanki ziołowej jest jeszcze więcej i dodano mleczko oraz kit pszczeli.
I tak, te cukierki to jest coś. Podobnie jak znane u nas cukierki eukaliptusowe są niesamowicie intensywne w smaku, od razu uderza nas mocno ziołowy smak, jak po łyku intensywnej nalewki ziołowej. Po chwili dojeżdżają produkty pszczele i robi się jakby lekko miodowo, propolisowo. Całość jednak delikatnie łagodzi "mleczna" część cukierka. Ale i tak przez jakiś czas nie ma sensu próbować czegokolwiek innego, bo i tak nie ma możliwości poczuć żadnego innego smaku, niż zioła, które wgryzły nam się w język. 😅

Ciasteczka z kawałkami słodkiej fasoli i dodatkiem zielonej herbaty matcha od Tohato
I na koniec, ostatni przystanek naszej podróży, a w nim same znane nam już smaki: (znowu) słodka fasola adzuki i (znowu) zielona herbata matcha pochodząca (znowu) z miasta Uji w prefekturze Kioto. Tym razem jednak to wszystko nie w postaci mochi, a zdecydowanie mniej tradycyjnych... ciasteczek.
Są one - jak to w przypadku japońskich słodyczy często bywa - oddzielnie pakowane. I bardzo to lubię w japońskich słodyczach, że można je jeść małymi porcjami bez obaw, że reszta nam się zeschnie. W smaku lekko słodkie, delikatnie złamane herbacianą goryczką, wilgotne, po prostu przyjemne.

