smpleat logo

Polskie regionalne ravioli, luksusowy mielony i deser z solą, czyli uczta we wrocławskiej Babie

Miejsca·

19 Lip 2025

Wokół postaci Beaty Śniechowskiej, zwyciężczyni 2. edycji programu kulinarnego MasterChef, ostatnio zrobiło się głośno. Pisano o Niej w Kukbuku, była na kanale u Roberta Makłowicza, u Macieja na kanale "Maciej je" i zapewne jeszcze gdzieś, biorąc pod uwagę, że jej koncept dostał dopiero co wyróżnienie Michelin, więc wiele się o nim mówi.

I o ile na co dzień nie mam parcia na rzeczy modne czy popularne, tak ta persona zwróciła moją uwagę swoim podejściem do kuchni, które nie jest standardowe dla osób "na takim poziomie", parających się kuchnią nowoczesną lub fine-diningiem. Dlatego z okazji urodzin klamka zapadła - idę do Pani Beaty na obiad!
Polskie regionalne ravioli, luksusowy mielony i deser z solą, czyli uczta we wrocławskiej Babie

Kuchni Pani Beaty już kiedyś mieliśmy okazję spróbować z mężem w jej poprzednim koncepcie o nazwie "Młoda Polska". Bardzo nam wtedy smakowało, choć jest to miejsce o zupełnie innej naturze. Polska kuchnia na bogato: śledzie, tatary, kaszanki, pierogi, czy wypasiony jak ja Cię kręcę schab.

Nowy koncept zdaje się być bardziej kameralny i sezonowy, realizujący bardzo mi bliskie założenie "z pola na stół". Chodzi o to, by wykorzystywać składniki możliwie świeże, lokalne, dostępne w przeciągu kilku godzin od zebrania - i to mi się podoba bardzo. Sama bym chciała mocno to założenie realizować, jak już wyniosę się z miasta i dorobię własnego ogródka.

Zaczynamy od przystawek, czyli ostryga na ciepło i ravioli bonbony z serem z Wańczykówki

Ostryg nie mam okazji próbować zbyt często - póki co jadłam je w życiu tylko ze dwa razy. Ale skoro oddaję się urodzinowemu szaleństwu, to czemu by nie spróbować czegoś nowego?

W cenie 32 złotych otrzymujemy jedną ostrygę i możemy sobie wybrać, czy chcemy taką na ciepło, czy jeden z dwóch wariantów surowej. Ja do koneserów owoców morza nie należę, więc asekuracyjnie wybrałam bramkę nr 1.

Czy było warto? Zdecydowanie. Świetna jakość składników i umiejętne przygotowanie sprawiają, że ta ostryga to smakowy wystrzał w kosmos. Żadnych niemiłych, rybnych nut, tylko świeżość i delikatność w bardzo udanym akompaniamencie pozostałych składników.

Na drugą przystawkę czaiłam się z premedytacją, bo kocham zarówno sery w prawie każdej postaci jak i makaronowo-pierożkową, glutenową rozpustę. Ravioli con uovo, czyli ravioli z ricottą i płynnym żółtkiem skąpane w maślanym sosie, to jedno z tych dań, które śnią mi się po nocach. Dlatego jak usłyszałam, że w Babie jest coś w stylu ravioli, tyle że z polskim serem, a dokładnie tłuściochem z Wańczykówki, to nie mogłam tego nie spróbować.

W cenie 42 złotych otrzymujemy cztery pięknie podane "cukiereczki", które wraz z otaczającym je sosem po prostu rozpływają się w ustach. Dobre to jak diabli i rozpłynęłam się jak ten maślany sos, cóż więcej mogę rzec.

Wybieramy danie główne, czyli padło na mielonego royal - polski obiad zredefiniowany na wypasie

Spośród dań głównych mamy jedną opcję wegetariańską ze szparagami, pierś z kaczki, dorsza, sezonowany antrykot wołowy i mielonego royal właśnie. Mój wybór padł na tego ostatniego, bo jest to coś, co robiliśmy w domu wiele razy. Mielony w każdym polskim domu gości w całym spektrum swojej kotletowatości - od niedoprawionych, suchych lub ciapowatych, niezgrabnych pulpetów, po wyczesane w kosmos, chrupiące z wierzchu i soczyste w środku perełeczki.

W cenie 79 złotych dostajemy wypasionego kotleta, ziemniaczki i zestaw sałat z sosem na bazie maślanki.

Od zestawu sałat zaczynając - koncept "z pola na stół" nie zawodzi. Kto próbował kiedyś sałat prosto z ogródka, ten wie, że ta feria smaków, chrupkość, soczystość i unikalny smak każdej odmiany jest nie do podrobienia. Marzy mi się kiedyś ogród z całym poletkiem liści różnorakich właśnie - w sezonie na zielone zamienię się wtedy chyba w królika i będę jeść te skarby codziennie.

Baba swoje produkty bierze między innymi z Jedzeniogrodu w Żórawinie rzut beretem od Wrocławia, więc nie dziw, że liście dojechały tu świeże. Naprawdę niewiele im trzeba było, choć dressing na bazie maślanki polany na świeżo przez kelnera był tutaj miłym i oryginalnym wykończeniem.

Idąc dalej, młode ziemniaczki to też smak sezonu - gdy półki warzywniaków uginają się pod nimi to też regularnie u nas goszczą ugotowane w skórce, z dodatkiem jedynie soli i odrobiny masełka.

W Babie ziemniaczki podane były w wesołym kręgu zgromadzonym wokół kleksa sosu tzatziki i z hojną porcją koperku na górze. I dostałam tutaj kolejnego kopa inspiracji, by zamiast mizerii w takim połączeniu też ich spróbować. No i zobaczcie ten sposób podania, do odtworzenia w każdym domu - czasami nie trzeba patentować lotu w kosmos, by było po prostu dobrze!

I na gwieździe naszego dania głównego kończąc - oto i on, mielony royal. Mięso wieprzowo-wołowe, wokół skondensowany, zredukowany sos, dodatek gorczycy, marynowanego zielonego pieprzu, szczypior na górze i kilka kwiatków.

Czy warty grzechu? O tak, absolutnie. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że mielonych wszelkiego rodzaju w swoim życiu już trochę zjadłam, ale ten był po prostu wybitny. Smak niby nam wszystkim znany, ale skondensowany, podbity i wyniesiony na zupełnie inny poziom.

Choć muszę przyznać, że przy moim zamówieniu obsługa chyba jeszcze dopracowywała sposób podania, bo kolejni klienci dostawali już swoje "royale" z przepięknym wianuszkiem fioletowych kwiatów.

Było tak dobrze, że skusiłam się na deser, czyli krem z czekolady z kawową bezą, oliwą i solą

Przyznaję się Wam bez bicia - deseru nie planowałam, a po głównym daniu byłam już zdecydowanie najedzona. Jednak po tak pozytywnym wstępie i bardzo udanym rozwinięciu akcji, aż szkoda byłoby nie zamknąć tego jakimś równie satysfakcjonującym finałem. Wszystkie desery w karcie były po 35 złotych.

Przy okazji tradycyjnych słodyczy japońskich wspominałam, że do soli w deserach podchodziłam ze sporym dystansem. Jednak ostatnie doświadczenia sprawiają, że coraz bardziej się przekonuję...

W tym deserze kryształki soli w słodkiej, kremowej i bogatej w smaku masie czekoladowej były jak uderzenia pioruna. I były to bardzo miłe uderzenia.

Przez cały czas towarzyszył mi jeden z firmowych drinków, ale przyznam szczerze, że byłam tak zaaferowana jedzeniem, że nie pamiętam jaki.

Baba szczyci się też dobrym asortymentem win, jednak ja ani do koneserów win nie należę, ani nie miałam ochoty wyruszać na tę przygodę w samotności. Bo niestety - co dla niektórych może być wadą, a dla niektórych wręcz przeciwnie - restauracja ta jest miejscem bardzo kameralnym i niezbyt jest tam przestrzeń na rodzinną wyprawę, zwłaszcza ze średnio jeszcze rozgarniętym roczniakiem. Dlatego gdy ja zajadałam się bonbonami i royalem, mąż zajmował się synem w domu.

Zatem z łezką w oku kończymy tę przygodę i wracamy do domu bogatsi o bardzo mocną polecajkę na wrocławskim rynku restauracyjnym.